"Kruk: Dzieci Nocy"
(Opowiadanie inspirowane światem stworzonym przez Jamesa O'Barra w serii "The Crow")

   O dzień drogi od L.A. złapała ich deszczowa pogoda. Tylko dzień drogi, a jednak to bardzo dużo, jeżeli podróżuje się z dzieckiem. Nocleg w samochodzie, zwłaszcza w taką pogodę nie wydawał się dobrym wyjściem. Kolejne kilka centów na motel, mogło oznaczać, że nie starczy im na benzynę i samochód zatrzyma się kilka mil przed miastem.
   Motel był niewielki, tworzył go podłużny bungalow, zawierający dwanaście identycznych pokoików z łazienką. Z pokojem, który wynajął Mike dla siebie i Martina sąsiadowało starsze małżeństwo z Georgii. Zaprosili nawet Mike'a na kawę, kiedy mały już pójdzie spać, ale spotkali się z uprzejmą odmową. Mike nie miał teraz głowy do wizyt towarzyskich. Wiedział że powinien jak najprędzej dotrzeć do L.A., gdzie czekała na niego praca. Jako mechanik samochodowy nie stałby się pewnie Rockefellerem, lecz przynajmniej nie musiałby martwić się wówczas o to, co Martin będzie jadł za kilka dni i w czym pójdzie do szkoły.
   Od śmierci Mary Ann, Mike starał się o pracę w dużym mieście. Jako były pracownik Forda dostał sporo ofert, jednak większość ze Wschodniego Wybrzeża. Nie chciał tam mieszkać. Każda pędź ziemi wokół Nowego Jorku przypominała mu o Mary. No i byli jeszcze jej rodzice. Obwiniali Mike'a za jej śmierć i chętnie odebraliby mu syna. Do tego nie mógł dopuścić.
   Jedyną jego winą było to, że był mechanikiem samochodowym. Mary postanowiła zrobić mu niespodziankę i w dzień jego urodzin odwiedzić go w pracy. Właśnie wtedy z podjazdu przed warsztatem stoczył się stary dodge. Nie wiadomo dlaczego Mary go nie zauważyła. Zawinił hamulec ręczny, który miał być naprawiony. Na szczęście to nie Mike go naprawiał, wówczas sam miałby powody do wyrzutów. Już w dzień pogrzebu postanowił wyjechać jak najdalej. Miał dość współczucia sąsiadów i znajomych, oraz niechęci ze strony teściów. Oni nigdy nie zaakceptowali wyboru Mary, chcieli ją wydać za jakiegoś lekarza lub prawnika.
   Gdy tylko Martin rozpoczął wakacje, Mike zdecydował się opuścić Nowy Jork. Sprawy związane z mieszkaniem zostawił Chrisowi, swojemu przyjacielowi i jedynemu, który naprawdę wiedział co zrobić z nieruchomością, meblami i tym podobnymi rzeczami. Następnie Mike wsiadł z Martinem w samochód, zabrał trochę gotówki i karty kredytowe. Początkowo chciał jechać do rodzinnego Detroit, lecz z ofert wybrał właśnie L.A. Nie przypuszczał jednak, że to może być tak daleko. Przebył kiedyś tę trasę samolotem i było to kilka godzin. Teraz, jadąc samochodem skręcił w złym miejscu z międzystanowej i przez niemal dzień błądzili po bocznych drogach. W końcu jednak udało mu się odnaleźć właściwą wylotówke. Stan konta po tej podróży wyglądał zatrważająco, a zasoby gotówki, preferowanej w takich zadupiach jak motel, w którym właśnie się zatrzymali, były na skraju wyczerpania. Zanim złapała ich burza Martin przez kilka godzin rozprawiał się z dużą paczką płatków kukurydzianych, nie był więc głodny, szybko położył się spać. Kiedy Mike upewnił się, że jego syn śpi już mocno postanowił pójść na pobliską stację benzynową po coś do jedzenia. Sam był głodny, a Martin powinien rano zjeść jakieś normalne śniadanie. Deszcz lał jakby uwziął się na całe Zachodnie Wybrzeże. Jak okiem sięgnąć cały horyzont zasnuwały tylko stalowoszare chmury. Ulewa zmusiła Mike'a do biegu. Na stacji, w małym sklepiku, kupił tostowy chleb, masło i ser. Oparł się pokusie wydania ostatnich kilku centów na snickersa dla Martina. Kto wie, na co mogą się one jeszcze przydać. Kiedy płacił za zakupy do jego uszu dobiegło coś, jakby daleki odgłos gromu. Jeżeli to burza, to być może deszcz szybko przejdzie. Miał tylko nadzieję, że grzmot nie obudził dzieciaka, należało mu się trochę snu.

   Coś było nie tak... Złe przeczucie dopadło Mike'a kiedy przebiegał przez parking obok bungalowu. Nie mógł tego przeoczyć - otwarte drzwi w jednym z pokoi. W jego pokoju?! Nie... obok, u tego małżeństwa z Georgii. Właśnie stamtąd wybiegł w tym momencie jakiś mężczyzna. Nie był sam. Za nim wybiegał drugi, na twarzach mieli kominiarki. Mike zwolnił. Cokolwiek miał w ręce ten drugi, nie wyglądało to dobrze. Pistolet? Wtedy właśnie otworzyły się drzwi pokoju, w którym zatrzymali się Mike z Martinem. Pojawił się w nich zaspany i przecierający oczy chłopiec. - Tato, co się dzieje ? - Zapytał widząc ojca idącego ku niemu w strugach deszczu.
    W tym momencie drugi z zamaskowanych ludzi odwrócił się wyraźnie zaskoczony jakimkolwiek odgłosem. Strzał z pistoletu zlał się w jedno z krzykiem Mike'a. Przez kilka sekund zaległa cisza po której przez deszcz przebiło się pojedyncze przekleństwo. Bandyci uciekali. Mike nawet nie słyszał oddalającego się w stronę L.A. samochodu. Torba z zakupami wypadła mu z ręki. Powoli szedł w kierunku drzwi. W główce dziecka ziała czarna, wypalona po brzegach dziura. Kiedy pochylił się nad nim usłyszał szloch. W drzwiach sąsiedniego pokoju stała kobieta z Georgii. Mike wiedział już co stało się z jej mężem.

   Sylvia stała na rogu Szesnastej i Świętego Ducha. Od jakiegoś czasu obserwowała Dzieciaka. Nazywała go tak, bo wiedziała że jest od niego starsza. Nigdy nie powiedział też jak naprawdę ma na imię. Z innymi dziećmi w ogóle nie chciał rozmawiać, Sylvii jednak udało się zamienić z nim kilka słów i chyba go polubiła. Czasem stawała na rogu ulic, lub chowała się za wielkimi kubłami na śmieci i przyglądała mu się nie dając znaku życia. Niekiedy rzucał nożem w drzewo, niekiedy toczył walki z wyimaginowanymi wrogami, czasem ćwiczył kijem cięcia miecza. Początkowo bardzo ją to bawiło, jednak z czasem Dzieciak wydawał jej się coraz bardziej sympatyczny. Musiała przyznać, że wszystko to wyglądało niemal jak na filmach, chłopak musiał wiedzieć co robi. On na pewno poradziłby sobie z tymi bandziorami, których pełno było w szkole. Jednak Dzieciaka nigdy tam nie widziała... Tak on by sobie poradził.
- Możesz już wyjść. Dosyć widziałaś - głos Dzieciaka wyrwał ją z zadumy. Cholera... skąd wiedział ? Wyszła z cienia i nieśmiało uśmiechnęła się do chłopaka.
- Cześć - powiedziała. - To było całkiem niezłe - pokazała na kij, który Dzieciak wciąż trzymał w ręku. - Jesteś jakimś Mistrzem Ninja, czy coś takiego?
- Ninja? Jak żółwie mutanty? - zaśmiał się chłopak, poczym nieśmiało dodał - Jest jednak ktoś, kto powinien się dowiedzieć dlaczego trenuje. I jest ktoś, kto powinien poznać efekty tego treningu.
- Jakiś wielki mistrz ?
- Raczej nie.
- A kto ?
- To długa historia.
- Więc opowiedz !
I opowiedział.

   Kolejna butelka Jacka Danielsa z hukiem grzmotnęła o ścianę. Mike ogarnął wzrokiem chlew dookoła siebie, lecz nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Dopiero po chwili, jakby zza grubej ściany dotarło do niego, że ktoś puka do drzwi. Zmełł w ustach przekleństwo pod adresem intruza, jednak pukanie powtórzyło się. Teraz głośne, bardziej natarczywe i wyraźne pulsowało w głowie. W końcu ktoś otworzył drzwi. - Co do..! - w drzwiach zobaczył jednak tylko dziecko. Serce przez chwilę zabiło mu żywiej. Kiedy się jednak przyjrzał nie zauważył żadnych znajomych szczegółów.
- Mike ? Mike Corovo ? Ktoś chce z panem porozmawiać...

   Sylvia prowadziła Mike'a krętymi uliczkami. Bała się że dorosły mężczyzna jej nie uwierzy, ale jeszcze nigdy nie spotkała człowieka, który tak bardzo chciałby wierzyć w tak nieprawdopodobną historię. Alkohol właściwie już zupełnie wywietrzał mu z głowy, szedł więc pewnie, choć w rzeczywistości musiał być bardzo spięty. Z daleka zauważyli czekającą na nich w deszczu sylwetkę chłopca. Dziewczyna od razu zauważyła, że Dzieciak wygląda jakoś inaczej. Przede wszystkim miał przy sobie miecz. Prawdziwy japoński miecz. Jego twarz była biała jak kreda, a może po prostu pomalowana...? Jednak deszcz nie rozmywał tej upiornej barwy. I ten duży ptak u jego stóp. Czarny, wyrośnięty, należał pewnie do krukowatych, ale Sylvii wydał się wielki jak orzeł. Za swymi plecami usłyszała stłumione westchnienie. Wiedziała, że Mike rozpoznał Dzieciaka. Zatem cała opowieść właśnie się zazębiła... Zanim ktokolwiek zdążył wypowiedzieć choćby słowo, Martin ruszył w kierunku starej, zamkniętej od lat katedry.

   Do wnętrza kolosalnego budynku dostali się małym piwnicznym okienkiem. Chłopiec bez słowa, bardzo pewnie, podszedł do zakurzonego biurka i wyciągnął z niego jakieś przedmioty. Kiedy Mike podszedł zobaczył, że to pistolety. Dwa identyczne rewolwery, wyglądające jakby pamiętały czasy Billy Kida.
- Czy to jeszcze działa? - spytała Sylvia.
- Tak.
Chłopiec podał broń Mike'owi. Ten sprawdził pobieżnie bębenek i wetknął sobie broń w kieszenie.
- Dzięki za pomoc, ale musisz już iść - powiedział Martin do dziewczyny.
- Jak to ?!
- Ciii... - napomniał ją chłopiec - Po prostu musisz odejść. To nasza prywatna sprawa. Jak skończymy to co mamy do zrobienia, dam ci znać. Obiecuję.
- Ale ty...
- Idź już.
Ojciec i syn przez krótką chwilę obserwowali dziewczynkę znikającą w małym oknie. Chłopiec wyciągnął zza jednej z szafek stare, zakurzone lustro. Z kieszeni wydobył tubki z farbami. Usiadł naprzeciw szklanej tafli.
- Martin, co się z tobą działo przez ostatni rok? - zdołał wreszcie zapytać Mike.
Na białej twarzy chłopca pojawiły się czarne smugi wokół oczu, usta też pomalował na czarno. Wyglądał groteskowo, lecz jakby... groźnie. Mike ledwie go teraz poznawał. Martin spojrzał na ojca. W jego oczach było tyle bólu, że dorosły aż się cofnął.
- Jeżeli dusza nie może zaznać spokoju, to nie jest z nią najlepiej - powiedział zimnym tonem Martin.- Wierz mi, tato, nie chcesz wiedzieć co się ze mną działo. Wiem, że z tobą też nie było dobrze. Jesteś gotowy?
Mike skinął głową. Jego ręka zaciskała się na pistolecie tak mocno, że zbielały mu palce. Ruszył za swoim synem, nie mając pewności, czy to, w czym bierze udziała jest jawą, czy snem.

   Opuszczona, stara katedra, która aż prosiła się o to, by ktoś zakończył rozpoczęty przed wielu laty remont, była miejscem ciemnym i ponurym. Gdzieś, na wyższym piętrze ktoś słuchał głośnej metalowej muzyki. Raczej nie byli to robotnicy budowlani. Do nawy, którą powoli podążali Mike i Martin docierało jedynie zniekształcone wycie jakiegoś ryczącego wokalisty. Łomot basu i perkusji przestraszył mieszkające w budowli ptaki, które niespokojnie krążyły pod sklepieniem katedry. Wśród nich był też czarny kruk, w którego chłopiec wpatrywał się w nabożną niemal czcią. Ptak zleciał w dół, przysiadł na oparciu jednej z ław, cały czas wpatrując się w prowadzące na górę schody. Wreszcie Martin dał znać i ruszyli za odlatującym ptakiem.

   Kolejne sceny Mike zapamiętał jakby wydarzyły się one we śnie. Cicho stąpali po brudnych schodach katedry. Pamiętał dreszcz, jaki przeszedł go w momencie, gdy opodal rozległ się jakiś auto-alarm. Ściany neogotyckiej budowli zniekształciły sygnał czyniąc z niego coś na kształt wycia hordy potępionych dusz. W pewnym momencie trafili na pokój, w którym kilku zbirów grało w karty. Demoniczny makijaż Martina wykrzywił się w złośliwym grymasie. Poszło szybko, jednak narobili chyba trochę hałasu. Na jednym z górnych pięter dzwonnicy ktoś najwyraźniej ich usłyszał i krzykiem oznajmiał o wtargnięciu intruzów.
Później zaczęła się regularna masakra. Mike pamiętał, że z odległości niewiele ponad metra strzelił w twarz jednemu z bandziorów. Martin tymczasem, był rozbrojony przez kilku napastników, lecz odgryzł jednemu z nich palec. Odstąpili na chwilę, wystarczająco długą, by chłopiec podniósł miecz. Pamięć Mike'a nie zarejestrowała zakończenia tej straszliwej sceny. Wiedział, że zginął wówczas ktoś ważny, i że musiał później pożegnać się ze swoim synem. Przynajmniej tym razem miał taką możliwość...

   Świadomość że dusza jego dziecka jest już wolna od strasznego dziedzictwa sprawiła że było mu lżej... Że łatwiej przetrwał te jedenaście lat w więzieniu stanowym.

- Sylvio...
- Sylvio...
Dziewczyna przebudziła się nagle. Nie widziała nikogo, lecz była pewna że ktoś wypowiedział jej imię. Zacisnęła dłonie na krawędzi kołdry.
- Martin ?
- Już po wszystkim...
    Nie wiedziała nawet skąd znała jego imię.


© Rafał "Taclem" Chojnacki

| powrót do opowiadań |