"Ktoś kiedyś powiedział..."


   Ktoś kiedyś powiedział, że nie może padać wiecznie... to musiał być cholerny naiwniak. W tym przeklętym mieście deszcz pada bez najmniejszej nawet przerwy. Już od ładnych paru dni siedzę w tym bezkształtnym pokoju, a moimi jedynymi towarzyszkami są kolejne butelki taniego wina. Nie rozróżniam już dnia od nocy, snu od jawy... Boże, ja nawet nie wiem jaki właściwie mamy rok! Jeśli tak dalej pójdzie to albo ktoś w końcu wyrzuci mnie z tego mieszkania, albo w nim zgnije... Wszędzie walają się odłamki szkła, resztki niezidentyfikowanych przedmiotów. Współczuję temu kto będzie tutaj po mnie sprzątał... Próbuję wstać, ale równowaga to dawno zapomniana umiejętność... ląduje prosto na resztkach roztrzaskanej butelki... Cholera, moje dłonie... wszędzie krew... krew... hahaha... śmieję się na całe gardło, śmieję się chociaż nie wiem z czego, nie obchodzi mnie kto to usłyszy i co sobie pomyśli... ja nie potrafię przestać...


   Sanitariusz powiedział, że kiedy mnie znaleźli śmiałem się jak opętany, krew lała się z moich nadgarstków, a ja ryczałem jakbym właśnie usłyszał najzabawniejszy dowcip świata... musieli mnie zakneblować i podać środki uspokajające. Teraz, jak mówią, trzymają mnie na obserwacji... w szpitalu... Ale ja wiem, że już stąd nie wyjdę, w drzwiach nie ma klamki, białe ściany... zamknęli mnie w pieprzonym psychiatryku, ale to jest mi nawet na rękę. Można powiedzieć, że mam pewne poczucie bezpieczeństwa, choć nie wiem czego właściwie się boję... Być może później sobie przypomnę... Obejmuję coraz bardziej bolącą głowę, zabandażowanymi rękami... Sen...


   Moja matka kiedyś powiedziała 'Synu, kiedy ktoś cię skrzywdzi, nie powinieneś odpłacać mu tym samym. Staniesz się wtedy taki jak on'. Kiedy tych dwóch gnojków postanowiło przywłaszczyć sobie mój portfel, nie miałem większego wyboru. Wyprowadziłem precyzyjne uderzenie prosto w nasadę nosa jednego z nich... wybacz mamo. Ten drugi miał kij baseballowy, nie było sensu dłużej marudzić w tym miejscu. Kiedy uciekałem ciemną uliczką, słyszałem za sobą ich rozwścieczone głosy - 'Aaauu, ten fkurfiel złamał mi nof! Dorwiemy cię gogusiu, wtedy pożałujesz, że się urodziłeś!'. Idiota, żałowałem tego każdego dnia mojej nędznej egzystencji, lecz mimo to nie miałem dość odwagi, żeby tak po prostu dać się zabić. Właśnie wtedy wpadłem na tego gościa. Miał chyba ze dwa metry wzrostu, splątane długie czarne włosy i trupi makijaż... wydał mi się znajomy. W tym momencie dogonili mnie tamci. '-Odsuń się koleś! To nie twoja sprawa! -Złamał mi fiefszony nof, sfadaj gringo bo też oberfiesz!'. Usłyszałem jak długowłosy odpowiada, a właściwie oznajmia, teatralnym tonem- 'Panowie, ależ to właśnie jest moja sprawa, i to właśnie wy się wtrącacie.' Oprych zamachnął się na niego kijem, lecz długowłosy jednym płynnym ruchem zdjął tamtemu głowę z karku... krew trysnęła prosto na moją twarz. Stałem tam i patrzyłem szeroko otwartymi oczami, nie mogąc wykonać ruchu. Koleś, któremu złamałem nos wydobył skądś mały rewolwer i właśnie próbował wymierzyć, kiedy nagle z góry runęło na niego wielkie czarne ptaszysko. Krzyk agonii urwał się, kiedy kruk - bo tym chyba był - wydziobał sobie drogę przez oczy do mózgu... Długowłosy nawet nie zaszczycił go spojrzeniem, całą swoją uwagę skupił na mnie. Przemówił, tak że moje serce na chwilę przestało bić. 'Witaj Haroldzie. Pamiętasz mnie ?'. Jego oczy były takie puste i zimne, a mimo to przelewała się w nich wściekłość, i ta twarz... już gdzieś ją widziałem, mimo makijażu. Ruszył w moim kierunku, ale w tym samym momencie zaułek został zalany światłem reflektora. 'Co się tam dzieje ? Ej, wy! Nie ruszać się!'. Jeszcze nigdy nie byłem tak zadowolony z widoku radiowozu. Długowłosy zmierzył mnie wzrokiem, 'Jeszcze się spotkamy...' oznajmił, po czym zaczął się cofać i jakby rozpłynął się w cieniu...


   Mój brat kiedyś powiedział "Harry, nie bądź idiotą. Umarli nie wracają do życia. Idź spać i przestań mnie męczyć.". Oglądałem wtedy jakiś straszny film... Noc żywych trupów... byłem mały i strasznie bałem się, że kiedy zasnę na pewno pojawią się zombie i zginę straszliwą śmiercią. Widzisz braciszku, niestety tym razem nie miałeś racji. Miałem dużo czasu do przemyśleń, kiedy próbowałem zmyć z siebie krew. Policja zwolniła mnie do domu. Uznali moją historię za prawdziwą... taka zresztą była. Oczywiście pominąłem pewien szczegół. Nieznajomy zabójca znał mnie, a ja znałem jego... przynajmniej znałem go do chwili, gdy z błagalnym spojrzeniem wyzionął ducha, po tym jak wbiłem nóż w jego trzewia... To było prawie dziesięć lat temu. Byłem jeszcze na studiach. Chodziłem wtedy z pewną dziewczyną, nazywała się Ellen Norton. Naprawdę ją lubiłem, ale właśnie wtedy, gdy sprawy zaczęły nabierać sensu, pojawił się ten koleś... Gabriel Patton... to była miłość od pierwszego wejrzenia. Ellen nie widziała świata poza Gabrielem. Zostałem sam... zgorzkniały... zrozpaczony... i pełen wściekłej furii. Niewiele myśląc zabrałem nóż kuchenny i ruszyłem w miejsce, gdzie wiedziałem, że znajdę "swoją" zakochaną parę... wiedziałem, bo to było także NASZE miejsce- stary parking za nieczynnym już kinem. Znalazłem ich tam. Leżeli przytuleni do siebie na masce samochodu. Ogarnął mnie szał, nie mogłem już tego powstrzymać. Rzuciłem się na nich i zanim zorientowali się co się dzieje, Ellen już leżała na ziemi. Z jej rozciętego gardła wylewała się krew, tworząc coraz większą kałużę na gorącym asfalcie. Gabriel próbował się bronić, ale byłem silniejszy, wbiłem mu nóż głęboko w żołądek... chłopak osunął się z mojej ręki jak kłoda. Kiedy ochłonąłem, wróciłem do domu. Miałem krew na rękach... krew, której do dziś nie udało mi się zmyć... Byłem oczywiście pierwszym podejrzanym, ale policja nie miała wystarczająco dużo dowodów, żeby mnie skazać. Nie było żadnych świadków, nie było też narzędzia zbrodni, gdyż tego samego wieczora pozbyłem się noża- uprzednio wyczyściwszy go z odcisków palców- ciskając go daleko, w odmęty pobliskiego jeziora. Sprawa nie została rozwiązana... A teraz On wrócił... Gabriel Patton wrócił z krainy umarłych i chce mojej krwi... Boże, wybacz mi, bo On tego na pewno nie zrobi... Zamknąłem się w mieszkaniu, konsekwentnie zalewając się w trupa, którym i tak już byłem...


   Lekarz powiedział, że to było tylko chwilowe załamanie nerwowe. Powinienem dojść do siebie w niedługim czasie. Haha, ciekawe co by powiedział, gdybym zaczął opowiadać o chodzącym trupie, który chce mnie zabić. Wypuścili mnie nazajutrz, choć nie byłem pewien czy chcę stamtąd wychodzić... Kiedy wracałem do domu, zaczynało już zmierzchać. W mieszkaniu z trudem przedarłem się przez wszechobecny bałagan, światło nie działało, okno było otwarte na oścież. Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś się tu włamał podczas mojej nieobecności - choć nie wiem co miałby stąd zabierać... chyba żarówki... to wyjaśniało by brak światła... Usiadłem ciężko w fotelu i zacząłem zastanawiać się czy nie znalazła by się gdzieś jeszcze jakaś pełna butelka. Wtedy na parapecie okna przysiadł kruk... ten sam wielki, czarny kruk, którego widziałem wtedy. Na drugim końcu pokoju, w ciemnościach zauważyłem jakieś poruszenie. Ciemna postać wstała i zaczęła iść w moim kierunku. Byłem jednocześnie przerażony, ale także spokojny, gdyż doskonale wiedziałem co się teraz stanie... musiałem zapłacić za przelaną krew. Gabriel przykucnął naprzeciwko mnie. W jego ręku błysnął nóż... to był TEN nóż, nie wiem w jaki sposób, ale wiedziałem to. "Nie chciałem żeby to się stało, naprawdę jest mi przykro..." powiedziałem jakby nieswoim głosem. Wzrok Gabriela przewiercał moją czaszkę na wylot. "Wiedziałem, że kiedyś przyjdzie mi odpokutować za to co zrobiłem.". Kiwnięcie głową. "Jestem gotowy..." W pierwszej chwili ból był nie do zniesienia. Czułem każdy centymetr metalu zagłębiającego się w moich wnętrznościach... Potem nie czułem już nic... Ostatnim dźwiękiem jaki dobiegł do mojego umierającego mózgu, było triumfalne krakanie czarnego ptaszyska...


   Ktoś kiedyś powiedział, że nie może padać wiecznie... rzeczywiście, przestało padać.


© Mike Draven

| powrót do opowiadań |