"Zdążyć"

   Słońce zapadało w sen. Jego światło malowało miodowymi barwami wszystko, co napotykało na swej drodze- lśniące blachy dachów, spaloną letnią suszą ziemię; nadając wszystkiemu harmonijny wygląd. Nic nie zapowiadało tego, co miało stać się za chwilę. A to, co miało mieć wtedy miejsce, mało by kogo obeszło. Świat zaczynał pogrążać się w mroku. Wszystko, co jasne, pełzło w popłochu do swych kryjówek, by móc następnego dnia mieć szansę zaistnienia w pięknie i radości. Nadchodziła bowiem noc- pora zmór, smutków i demonów.

   Nocturn pędził nie zauważany przez ludzkie spojrzenia, pełne ciemnego żaru, zdolnego strawić wszystko, co posiada w sobie choć odrobinę uczucia.

   -Oby tylko zdążyć! Oby tylko! Już zapada zmrok! Mense zostanie sama.-gorączkowo myślał w drodze do swej podopiecznej.

   Nocturn- anioł stróż małej Mense, córki dnia... Nie mógł jej pilnować po wschodzie słońca, choć bardzo tego chciał- w dziennym świetle stawał się bezbronny jak dziecko - zasypiał kamiennym snem. Kochał swoją małą podopieczną jak córkę - jedynie ona wnosiła jeszcze iskierkę radości do jego smutnej, pełnej łez i utrapienia duszy. Za dnia więc pieczę nad małą sprawowały Driady Drzewa Północnego -ulubionego miejsca dziewczyny. Nimfy jednak nie mogły nią zajmować się nocą, gdyż były zbyt ciepłe i delikatne, aby móc stawić czoła niebezpieczeństwom jakie czyhały na Mense. Nie dałyby rady obronić jej przed nocnymi zmorami. Dlatego nocną wartę pełnił właśnie Nocturn. Zawsze zjawiał się w momencie zetknięcia się słońca z horyzontem. Przylatywał na swych błoniastych skrzydłach i siadał nie zauważony przy niej. Czuwał obejmując ją swym ramieniem, na którym znajdywał się portret wszechświata. Nocturn zjawiał się zawsze w porę. Dziś jednak nie zdążył. Nie mógł. Dlaczego?

   Stoczył walkę z Belzebubem. W głowie demona zjawiła się ponura myśl- pozwolić, by delikatna Mense pozostała bez opieki. Aby jego złośliwy plan się udał, musiał zatrzymać anioła. Dlatego stoczyli walkę. Dlatego Nocturn nie zdążył choć bardzo pragnął znaleźć się przy podopiecznej na czas. Pędził wielce strapiony.

    -Czy aby nie jest za późno?- pytał się nie chcąc znać odpowiedzi. Nie wiedział, co może czekać na bezbronną dziewczynę. Bał się dowiedzieć. Mknął więc w strachu o to, co przyniesie przeznaczenie, z każdą chwilą zbliżając się jego wypełnienia.

   Dotarł. Wchodząc do jej sypialni zamknął oczy, w bojaźni przed tym co za chwilę może zobaczyć. Stanął przy łóżku Mense i podniósł powieki. Zapłakał. A jednak. Jego źrenice przybrały jeszcze bardziej gorzki kolor niż zwykle. Nie zdążył. Nie upilnował jej. Leżała teraz skulona. Belzebub widząc to z ukrycia zaśmiał się obłąkańczo.

   Stało się więc. Szukała dłoni którą mogłaby złapać. Dotknęła skóry czyjejś ręki, która ją poparzyła. Próbowała się w nią wtulić, myśląc, że pieczenie ustanie. Stało się jednak inaczej- Mense spłonęła. Płomienie strawiły ją, zostawiając jedynie popioły zawiedzionej nadziei. Kiedy w bólu próbowała puścić dłoń, ta zbyt mocno poparzyła kruchą dziewczynę.

   Nocturn ukrył swą bladą twarz w potężnych dłoniach.

   -Przepraszam...- szepnął łkając - przepraszam.

   Mense już go nie słyszała. Już nigdy nie usłyszy.


© Milagros

| powrót do opowiadań |